„Od piątku kręcą się karuzele” taki wstęp był w gazecie. Od piątku 6.03 do dziś 10.03 odbył się tradycjonalny jarmark wiosenny. Heppenheim żegna nim zimę i wita wiosnę. Atrakcji jest sporo, nie tylko karuzele, dla dużych i małych, ale i kilka nowoczesnych granatów adrenalinowych (no, takich granatów ręcznych), a na jednym nawet każą związać długie włosy. Ale nie było diabelskiego młyna – szkoda, bo zawsze był.
Zresztą właściwie obojętne czy młyn był, czy nie, czy steki i piwko były dobre. Nie ma znaczenia, bo wszystko zostało w lodówce. Niestety kolega Piotr, ten od pogody, ominął na swoich wiosennych wędrówkach Heppenheim i dopuścił, że zimny wiatr i deszcz zatrzymały chętnych w domach. Jedynie w sobotę kilka godzin świeciło słonce i atrakcje się dobrze kręciły.
W niedzielę jeszcze myśleliśmy, że podjedziemy popołudniu samochodem, zrobimy dla szpanu kilka zdjęć na blog i… pójdziemy do ciepłej knajpy na piwko. Ale do wiatru przyłączył się deszcz i odechciało nam się nawet piwa. A czort ze zdjęciami, będzie bez!
Dziś był jeszcze dzień rodzinny, za połowę ceny. Ale też spłynął z deszczem. No, widocznie tak musiało być.
Dawno, dawno temu odbywał się jarmark wiosenny inaczej niż dziś. Wtedy zjeżdżali się ludzie z całej okolicy, z Odenwaldu, żeby po mijającej zimie zakupić nowe materiały, naczynia, buty itd. Tradycja pozostała, tylko forma się zmieniła – na rozrywkową.
Tak czy inaczej, ze słońcem czy z deszczem – pierwsza wiosenna impreza za nami. I mimo nieładnej pogody natura kroczy w butach siedmiomilowych! Dziś odkryłam pierwsze pojedyncze kwiatki forsycji, narcyzy mają pąki krótko przed eksplozją (ale jeszcze nie odkryłam kwiatów, a tak się wydaje już od tygodnia, że za godzinę pękną), witki wierzby mają już tak duże pąki, że są już widoczne z daleka.
Zima za nami.