Dziś był w mieście coroczny pchli targ. Handel starociami odbywa się częściej i w kilku miejscach, ale ten jest najpiękniejszy, bo pod wielkimi plantanami, na długim placu, który służy normalnie jako parking, w centrum miasta. Drzewa te nadają wszystkim imprezom pod nimi szczególnej atmosfery, a w upalny dzień dają miły cień.
Targowiska ze starociami cieszą się powodzeniem, ludzie chętnie chodzą, oglądają, coś kupią, pohandlują. Garnek zmieni właściciela, torebka pójdzie w inne ręce, córeczka dostanie „nową” lalkę, a synek pojedzie do domu strażą pożarną. Mama ucieszy się z nowego lusterka, babcia z doniczki, no a tatusiowi kupią młotek.
Lubię chodzić i oglądać starocie. Na pchlim targu prawie zawsze coś się znajdzie, coś, co już dawno szukałam (chociaż po spełnieniu marzenia, może się zdarzyć, że obiekt wyląduje za kilka lat znów na takim stole, choć nigdy nie był używany). Coś nowego do dekoracji, do poczytania… Ciekawe były dziś stare wózki dziecięce (nawet na resorach! p. zdjęcie), które się fajnie nadają do celów dekoracyjnych, np z suchym bukietem, albo obsadzone rośliną.
Córka kupiła sobie niedawno stare żelazko, zamiast duszy – wsadziła bluszcz i już ładnie się prezentuje na stole, zamiast wazonu.
Dziś zajechałam o 14:30 (po pracy i drzemce) i niestety musiałam z rozczarowaniem zobaczyć już wiele pustych miejsc. Mimo fajnej pogody odbywało się już wielkie pakowanie. Szkoda. Ale wypatrzyłam jeszcze starą lampkę naftową, tą z lusterkiem, 5 Euro. „Ach, 3,50 też starczy, ok?” No, i będzie nam wieczorem staromodnie podświetlała na tarasie.
Przed laty chodziła nasza córka też sprzedawać, poszły rowery, dziecięce książki, kasety, potem części uprzęży konnej, miski, czy jakiś ciuszek. Pieniążki zbierały się na inny cel, np. wakacje, nowe siodło.
A jak już nic nie znajdziemy, to może chociaż parę pcheł…