Nie! Nic nie pisaliśmy, ale w Heppenheim ciągle się coś dzieje.
Np.:
– był „Sen nocy letniej” i „Ręka na sercu”, obie imprezy w centrum, w zakresie akcji „Heppenheim w kolorach”. Niestety nie mogliśmy wziąć udziału.
– nasi przyjaciele mają wnuczka i są teraz: babcia i dziadek!!
– drzewa nabierają powoli kolorów i powietrze pachnie końcem lata.
A w weekend była coroczna impreza Wina i Szampana w Zjednoczeniu Winiarzy. Byliśmy tam w piątek z przyjaciółmi. Przy winku naszkicowaliśmy nasz następny wspólny urlop: 2010 do Polski, bo już od lat chcą raz z nami zobaczyć Polskę – a trzeba się powoli spieszyć, bo kraj szybko się „europeizuje”.
W niedziele wystartował balon i zabrał panią, która wygrała przelot w loterii festynu, ponad zamkiem gdzieś na koniec świata…
Wiele osób zebrało się na starcie, bo niecodziennie ogląda się takie widowiska, ale nasza cierpliwość osiągała granice, wszystko jakoś się ciągnęło, montowanie balonu nie posuwało się. Więc jeden i drugi wrócił parę metrów do Winiarzy po napitek. Ja też wzięłam sobie szorlę (wino na pół z wodą) i kupiłam trzy flaszki dobrego wina do domu.
Ale w końcu nasze oczekiwanie zostało nagrodzone. Balon był taaaki wielki, a tak lekko się uniósł i odleciał…O!
W sobotę byliśmy na spotkaniu z grupą naszego rocznika 56/57. Głównym punktem tegorocznego planu było zwiedzenie obserwatorium astronomicznego. Na parkingu,w lesie, wysoko na górze zamkowej (kto tu już dotrze, ma Heppenheim daleko pod sobą i zamek tuż tuż… już tylko kilka kropli potu) – oczekiwała nas niespodzianka. Przy prowizorycznym barze zostaliśmy przywitani szampanem i rogalikami (żeby żołądek nas nie męczył w obserwatorium). Tym razem grupa była nieliczna, ale wesoła.
Starszy pan astronom opowiadał nam z zapałem o kosmosie. I nawet jako „50+” dowiedzieliśmy się parę ciekawych informacji. Wszystko kręciło się o miliony i miliardy lat, o setki i tysiące stopni Celsjusza. Powróciła świadomość, że dla naszej ziemi jesteśmy, z naszymi 80-90 latami, takim nieznacznym okruszkiem, a uważamy się za tak ważnych. Pan pokazał nam teleskopy, ale obiecanego słońca nie mogliśmy oglądać, bo co rusz chowało się przed nami (a kuku!).
Dalej piechotką (niektórzy uważali za konieczne podjechać samochodem) poszliśmy do góry na zamek. Tam, przy kolacji i dalszych przyjemnościach, zabawiliśmy się w pogaduszki.
W tym samym czasie był w naszym osiedlu coroczny sąsiedzki grill. Niestety nie można być wszędzie i tak dopiero po powrocie z zamku, późnym wieczorem, przysiedliśmy się jeszcze na jedno piwko.