Nie było nas parę dni, ale w zaległych gazetach, które uzbierały się przez urlop, ładnie ułożone na kupkę przez sąsiadkę, wyczytałam:
– w Heppenheim zaczęło się winobranie. Jednocześnie zaczęła się sprzedaż tzw. Federweisser, czyli pierwszej przeróbki winogron, jeszcze fermentującego napoju, o którym już pisałam: nieobliczalna kuracja dla jelita i cery, w towarzystwie dobrego ciasta cebulowego (niestety czepia się niegodziwie bioder). Dziś już kupiliśmy sobie pierwszy 2-litrowy kanisterek. Oooooh, czego się nie robi dla zdrowia…
– w naszych winnicach żyją modliszki, i to nie rzadko! oraz żołna.
– w Bensheim (sąsiedzkie miasto) były Dni Winobrania (Bergsträsser Winzerfest). Tak jak w nasze obchody (Weinmarkt) w czerwcu, miasto zapełnia się gwarnym ludem, pachnie jedzonkiem, leje się winem, drepcze i kołysze się w takt muzyki.
A gdzie my byliśmy? No w Tyrolu!
Oczywiście w tegorocznych – czerwonych – koszulkach akcyjnych „Heppenheim w kolorach”.
Zamiast wina piliśmy piwo Gösser i zamiast winnic i Odenwaldu zwalczaliśmy szczyty Alp.
Pierwsze zdjęcia są tu, a więcej będzie za parę dni.