Wczoraj mieliśmy w Heppenheim tradycyjny pochód karnawałowy.
Pogoda była pod psem. Tak już mamy dość śniegu w tym roku!!, a tu jeszcze w sam pochód nas przysypało. Tak nam się nie chciało nigdzie iść w karnawale, ale na pochód to trzeba!!! Nie ma rady i silnych.
Dużo pracy i przygotowań, kosztów i organizacji trzeba na pochód, więc potrzebna jest też publiczność. W ładną pogodę otacza korowód nawet 100 tysięcy. W tym roku było około 70 000, resztę zasypał śnieg…
Najdalej, kiedy wozy zaczynają się ustawiać kilka metrów od naszego domu i muzyka wdziera się przez zamknięte okna – trzeba się zebrać i ruszyć w drogę, żeby sobie zająć jakieś miejsce widokowe.
Ciepło ubrani, wzmocnieni grzańcem – ok, teraz może pochód iść.
Co rusz podrygiwaliśmy w takt przechodzących grup muzycznych, co nie było całkiem łatwe, bo czasem mieszały się odchodzące tony z nadchodzącymi.
Udało nam się złapać kilka słodyczy i lodów, które są z wozów rzucane w publiczność. Ale jak się najedliśmy (a lody smakowały mimo śniegu), to oddawaliśmy cześć łupu stojącym obok dzieciom. A niech się cieszą, nam i tak to się tylko rzuca na biodra i brzuchy.
Postaliśmy, popatrzyliśmy, najedliśmy się, napiliśmy, wołaliśmy „hellau!” i po pochodzie zaraz ruszyliśmy w drogę powrotną.
Ale w mieście były jeszcze zabawy, party, w lokalach, na ulicach, muzyka, przebierańce.
Kto chciał, mógł się jeszcze długo bawić. A kto nie… spędził wieczór przytulnie w domu.

















Pingback: przez świat z otwartymi oczami… » Blog Archive » 70 dni