Rudolf Kohl

przez | 19/05/2013

Odszedł od nas ostatni chyba oryginał i unikat miasta.

Rudolf Kohl zmarł mając 73 lata. 17 maja został pochowany, na pogrzebie straż pożarna trzymała wartę honorową. A po uroczystości odbyła się duża impreza w punkcie straży pożarnej – tak jak sobie to zmarły życzył za życia.

Kohl należał do obrazu miasta, jak mało kto. Trudno sobie miasto wyobrazić bez niego.
Każdy go znał. Ciężkim kuśtykającym (po wypadku sprzed wielu lat) krokiem szedł ulicami, uśmiechał się, zagadnął, chociaż właściwie wyglądał dość srogo.

Jego życiem była straż pożarna. Miał to we krwi, bo już jego dziadek był w 1882 założycielem miejskiej straży pożarnej w Heppenheim – tradycja przez pokolenia.
Rudolf Kohl stworzył przy swoim domu prywatne muzeum straży, a największą jego dumą był zbiór hełmów strażackich z całego świata, a szczególnie ten z Watykanu. Chętnie oprowadzał gości osobiście przez pomieszczenia muzeum i do każdego eksponatu mógł opowiedzieć żywą historię.
Nie pamiętam, żebyśmy kiedyś musieli płacić wstęp. Ale przed domem była skarbonka, do której goście i widzowie chętnie wrzucali datki. Bo tu, w ogrodzie Rudolf Kohl zbudował mały Heppenheim, z pociągami i ICE-Heppenheim, Sebastianem Vettelem, zamkiem Starkenburg i stokami winnymi, strażą pożarną i łe-ło. A jak się miało szczęście i zastało się go w domu, to nawet zrobił pożar, który małe strażaczki dzielnie gasiły prawdziwą wodą. Dzieci zawsze chętnie stały przy płocie, ale i dorośli chętnie popatrzyli. Muzeum było czymś niecodziennym, co można było zawsze fajnie pokazać gościom.

Wielu znało go również z roli miejskiego strażnika nocnego z halabardą, który  odwiedzał późne imprezy miejskie i tradycyjnie głośno nawoływał do spokoju i ciszy nocnej.
Swoje urodziny obchodził zawsze w formie ulicznego festynu przed domem. Impreza ściągała przyjaciół i obcych gości, miejscowych i turystów. Raz też byliśmy tam. A między kawą i grillem można było zwiedzić muzeum.

W tym domu, Kirchengasse 12, założył w 1864 przodek ślusarz Martin Kohl, związek czeladników, poprzednik dzisiejszej Kolpingfamilie (odpowiednik polskich Rodzin Kolpinga). Kohl był do końca aktywny w grupie Kolpingfamilie-Heppenheim, śpiewał też w chórze. No pewnie, z tym głosem!
Tu został również w 1977 założony Związek Przyjaciół Starówki (Altstadtfreunde), a Kohl był jego pierwszym rejestrowanym członkiem.

Ale Rudolf Kohl kochał nie tylko Heppenheim, był też obieżyświatem. Od wielu lat był kilka miesięcy w roku na rejsach, gdzie na luksusowych statkach łączył miłe z pożytecznym i pracował jako doradca służby przeciwpożarowej. Z tych podróży przywiózł wiele eksponatów do swojego muzeum. Parę lat temu musiał przerwać podróż do Chin, z powodu chorej nogi (tej po wypadku).
Z ostatniej podróży, 15 z rzędu, na Azory – nie powrócił do swojego Heppenheim. Zachorował po odbiciu od Sao Miguel, na wyspie Terciere został transportowany do szpitala, ale pomóc mu już nie można było. Znamy Azory – piękny kąt świata, ale szkoda na umieranie.

Jakie życie  takie umieranie – można tu też powiedzieć. Podróże, straż pożarna, towarzystwo.
Kochał Heppenheim i był dopiero naprawdę w domu, kiedy czuł bruk starówki pod nogami, a zmarł w dalekim świecie, przy wypełnieniu zadania związanego z ogniem i strażą.
Był kawalerem, nie miał dzieci.
Oczywiście każdy się pyta dziś, co będzie z muzeum, ogrodem, domem? Ale myślę, że wszystko uregulował za życia, bo nie był zdrowy i na pewno liczył się z tym, że nie dożyje 100.
Rudolf Kohl miał wielu przyjaciół i zasłużył się dla miasta. Na pewno znajdzie się dość osób, które godnie przejmą jego dzieło.
Może straż pożarna? albo Przyjaciele Starówki?
[flv volume=50 width=522 height=312]http://hepprumer.de/mediahp/2013/05/kohl/Feuerwehrmuseum_Rudolf_Kohl_Heppenheim.flv[/flv]